Sonoma i Napa Valley – w krainie winorośli

Butelki wina z Nicholson Ranch

Wycieczkę do Napa Valley wybrałam sobie w pakiecie. Trzeba było tylko miejsce zarezerwować, co też wcześniej uczyniłam. Niestety odbiór z hotelu jest tylko z San Francisco, więc muszę tam rano dojechać. Anissa zasugerowała, że mogę się wybrać kolejka miejską (BART), coś podobnego do naziemnego metra, kursującego pomiędzy San Francisco i pobliskimi miejscowościami. Stacja jest tuż obok Starbucksa, więc tam dojeżdżam i parkuję, aby korzystając z okazji wybrać się na śniadanie i porządną kawę. Z kubkiem w ręce udaję się na stację. Bam! Niestety zamknięta. Nie powiem, żeby mnie to ucieszyło, bo mając w perspektywie wycieczkę z degustacją win, jedno z dwóch muszę ograniczyć, albo jazdę, albo wino. Niestety wyboru nie mam.
Szybko dosyć dojeżdżam do miasta i parkuję na tym samym miejscu, co dwa dni wcześniej. Udaję się w stronę Fishermans Wharf, bo to właśnie tam znajduje się biuro firmy organizującej wycieczkę. Stamtąd odbiera nas autobus. Grupę mamy dosyć zróżnicowaną, bo są i ludzie z Australii, i z Japonii, jacyś Hiszpanie i Brazylijczycy. Grupa jest również dosyć zróżnicowana wiekowo, ale podobno wino pomaga w relacjach międzyludzkich dlatego już na pierwszym przystanku ludzie ze sobą serdecznie rozmawiają. Na tej wycieczce również mój angielski zostaje wystawiony na dużą próbę, bo albo ja mam kłopoty ze zrozumieniem, albo to nasz przewodnik ma jakieś dziwne naloty.

Nicholson Ranch

Wyjeżdżamy! Po niecałej godzinie czas na przystanek. Pierwszy stop jest na Ranchu Nicolson. Opowiadają nam historię winnicy i serwują różne typy win tłumacząc, jak się je produkuje i z czym serwuje. Pamiętając, że musze wracać samochodem z San Francisco, ograniczam się do małych łyków, pamiętając również, żeby na obiad zjeść coś solidnego. Wychodzimy na zewnątrz i próbujemy podziwiać widoki. Próbujemy, bo niestety pogoda nie dopisuje. Znowu żałuję, że nie jest lato, świeci piękne kalifornijskie słońce, a wokół jest zielono. Niestety jest chłodno, siąpi deszcz, a po zieleni winorośli ani śladu. Szkoda, bo wkoło same wzgórza i winnice…

Jedziemy dalej, droga dosyć długa, w końcu zatrzymujemy się w jakimś małym mieście. Nie wiem gdzie jesteśmy, gdzieś w Dolinie Sonoma i Napa, ale dokładnie gdzie nie mam pojęcia. W sumie to nie ważne, bo miasteczko jest dosyć urokliwe. Dlatego najpierw wszyscy udajemy się na lunch, a potem na niedługi spacer.

Sutter Home

Czas na następny punkt programu, jedziemy do winnicy Sutter Home. Znowu zwiedzanie, znowu degustacja i długa historia rodzinnego biznesu. Tu nam dają również czas na wsparcie tego rodzinnego biznesu, czyli na wizytę w sklepie z winem i pamiątkami. Można sobie nawet zamówić wysyłkę wina do domu. Ceny jednak wysokie. Zrobili nam losowanie i jedna osoba wygrała bonus, w ramach którego mogła kupić 2 butelki w cenie jednej. Szczęściara!

Powrót do San Francisco

Wracamy do miasta. Dojeżdżamy gdzieś koło 17, więc w sumie jest już późno. Odnajduję samochód, przejeżdżam jeszcze przez Downtown i kieruję się w kierunku domu. Wjeżdżając na most Oakland Bay nachodzi mnie jeszcze ochota na ostatnie spojrzenie na miasto i zatokę, dlatego zbaczam na Treasure Island i parkuję na wybrzeżu. Jestem cholernie zadowolona, bo tak wiele udało mi się zobaczyć, choć na wiele atrakcji czasu nie starczyło, a dużo również pewnie pominęłam podczas planowania. Ogarnia mnie również nostalgia, jest mi smutno, że to już ostatni dzień w tym fantastycznym mieście, jakże różnym od naszych miast europejskich. Tak różnorodnym i kolorowym. Na pewno będę wzdychać za widokiem Golden Gate i nie raz jeszcze zamarzę, aby poczuć ból tyłka po spacerach po wzgórzach. Postanawiam sobie jednak, że wrócić tu kiedyś muszę, w lecie najlepiej. Good bye lovely San Francisco!

Veduta di San Francisco al tramonto con il profilo della città e il ponte in lontananza.