Stało się… Kolejne marzenie się spełnia. W tym roku święta spędzam alternatywnie. Wczoraj wieczorem zameldowałam się w „Courtyard by Mariott” i muszę przyznać, że przy wylocie o 6:40 wybór tego hotelu okazał się strzałem w dziesiątkę. Właściwie prosto z łóżka człowiek ląduje w hali odlotów!

Myślałam, że w święta będzie mniej ludzi, ale ruch jest spory, pewnie wiele osób chce zdążyć na spotkanie z bliskimi albo niektórzy, tak jak ja, postanowili wykorzystać okazję i załapać się na tańszy bilet. Lecę przez Paryż i w duchu się uśmiecham, że przynajniej tym razem nie lecę tam z powodów służbowych, Charles de Gaulle to chyba najczęściej odwiedzane przeze mnie lotnisko….
Jeszce tylko zahaczam o kantor, bo zapomniałam wymienić trochę gotówki na wszelki wypadek (karta walutowa to tak na marginesie świetny wynalezek).

Po szybkiej i sprawnej odprawie pakuję się do samolotu i w pierwszym etapie podróży staram się wykorzystać czas, żeby nadrobić trochę snu…
Paryż na chwilkę
Najpierw lęcę do Paryża, bo mój lot obsługiwany jest przez Air France. W Paryżu lądujemy planowo, a że przerwa krótka, to ruszam prawie biegiem w poszukiwaniu nowego gate’a. Latając tylko po Europie zapomniałam już co to są kolejki do odprawy paszportowej, więc ogromny tłum skutecznie blokuje mój trucht. Staję grzecznie w kolejce i czekam na moją kolej. Po odprawie znajduję właściwy gate i znowu ustawiam się w kolejce. Jako, że podróżujemy w święta to obsługa lotniska postanawia nam umilić oczekiwanie na wejście na pokład i daje popis zdolności taneczno-wokalnych.
Podczas boardingu ląduję na wybranym wcześniej miejscu (jak się potem okazuje miejsce od strony korytarza podczas tak długiego lotu było dobrym wyborem) i zabieram się za sprawdzenie repertuaru filmowego na pokładzie. W końcu startujemy.
Podróż długa, nie ma co opisywać, klasa ekonomiczna luksusów nie oferuje więc była dosyć męcząca. Obok za towarzyszkę podróży miałam młodą dziewczynę z Rosji, straszną gadułę, która aktywowała się w momentach, kiedy prawie zasypiałam. Dobrze, że przynajmniej była sympatyczna.

Ameryka!
Po 11 godzinach zaczynamy zniżanie do lądowania (cały lot trwał 11h35min) i staram się zerkać nad ramionami innych pasażerów, aby cokolwiek na zewnątrz zobaczyć… i nagle: JEST! Napis „Hollywood” pojawia się nad lewym skrzydłem samolotu ! Wow! Zaczyna do mnie docierać, że jestem na innym kontynencie! W końcu Los Angeles!
Czeka mnie jeszcze dosyć długa kolejka znowu do odprawy paszportowej. Dla tych co są po raz pierwszy w Stanach jest osobna, przynajmniej tyle, nie można się pomylić. Znowu się czuję jak w konsulacie w Krakowie. „Sto pytań do”. Gdzie, po co i dlaczego, w tempie ekspresowym. To, że się dostaje wizę w Polsce wcale nie oznacza, że nas do tych Stanów wpuszczą. Jak się okazuje ostateczna decyzja należy do urzędnika na lotnisku: wóz albo przewóz, albo można przejść przez wymarzoną bramkę, albo odsyłają do kraju. Dostałam więc pieczątkę do paszportu z „właściwą” wizą na 6 miesięcy. OK, wychodzę! A nie, jeszcze bagaż trzeba odebrać i znowu czekać.
W końcu jednak wychodzę i od razu uderza mnie ciepły powiew wiatru, miła odmiana po polskiej nędznej pogodzie udającej zimę… Szukam autobusu, który mnie dowiezie do firmy wynajmującej samochody, a tłumy ludzi czekają ze mną. Jest już po 15, a ja z lekka na mordę padam.
W stronę San Diego
Odbieram samochód, nowego forda focusa, bo nie lubię dużych aut, podłączam TomToma i wyruszam w poszukiwaniu dojazdu do autostrady międzystanowej nr 5, którą dojechać mam do San Diego, gdzie zarezerwowałam pierwsze noclegi. Pani w wypożyczalni powiedziała, że 405-ką dojadę do autostrady na pewno, więc gdzie do jasnej Anielki jest 405? Wrrr… Znajduję i jadę! I nagle dociera do mnie jaka malutka jestem na tych amerykańskich drogach, które potrafią mieć po 7 pasów w jedną stronę… w dodatku ten malutki fordzik pośród ogromnych kobył amerykańskich… Po 5 minutach przestawiam się na automatyczną skrzynię biegów i przyzwyczajam do ruchu… Ziewam, bo w Polsce jest już 1-sza w nocy a ja nie śpię już od jakiechś 20 godzin. Nagle TomTom gaśnie, a ja zjeżdżam w niewłaściwy zjazd. Blondynka za kierownicą! Szukam jakiegoś parkingu i próbuję gada reaktywować, udaje się, ale nie na długo, na szczęście na tyle, aby na właściwą drogę wrócić. Jadę sobie więc tą autostradą, podziwiam z samochodu pierwszy zachód słońca nad Pacyfikiem i po 18-tej, już po ciemku, docieram do San Diego. Resztką sił, wychwalając w duchu moją pamięć fotograficzną, bo okazało się, że obsesyjne studiowanie map Google’a na coś się przydało, i bez nawigacji dojechałam do hotelu. Pomijam fakt, że w desperacji na którymś skrzyżowaniu wcisnęłam razem gaz i hamulec (nie ma sprzęgła, nie ma sprzęgła, zapamiętać…) i auto kichnęło i zgasło… Rany, naprawdę mam dość!
Docieram jednak do hotelu, melduję się, wypakowuję walizkę i padam na łóżko, po czym zasypiam snem kamiennym!
Italiano
English

