Au-pair i początki we Włoszech

Dwoje roześmianych dzieci pozujących do zdjęcia

Kiedy zgłosiłam się do agencji dla au-pairek w Krakowie nie myślałam, że to będzie miało tak wielki wpływ na moje życie. Miałam wtedy zamiar wyjechać na rok i podszkolić się we włoskim, a po roku wrócić na studia w Polsce. Wszystko wtedy wydawało się takie egzotyczne i tajemnicze. Z niecierpliwością, ale również z niepokojem wykręcałam numer rodziny, u której miałam zamieszkać. Mój włoski wtedy, po dwóch latach lektoratu na wydziale ekonomii, był wystarczająco dobry, aby prowadzić proste konwersacje, ale już w sprawach bardziej skomplikowanych musiałam prosić o dodatkowe wyjaśnienia. Wszystko jednak poszło dobrze i umówiliśmy się na przyjazd. Byłam wtedy szczęśliwa, ale również przerażona, ponieważ nagle okazało się, że klamka zapadła i trzeba postawić następne kroki. Po zamknięciu wszystkich spraw na uczelni i załatwieniu urlopu dziekańskiego, końcem października zostałam „odeskortowana” przez trójkę przyjaciół i pozostawiona na pastwę losu w Mediolanie. I tak zaczęła się moja długa, bo nie tylko roczna, włoska przygoda. Dostałam się do bardzo sympatycznej rodziny, gdzie mama była nauczycielką włoskiego w liceum (co bardzo pomogło również w mojej nauce), a tata prawnikiem. Trójka dzieci wtedy była w wieku: Marta – 6 lat, Giaccomo – 4 lata i Cecylia – 6 miesięcy i to właśnie z tą najmłodszą miałam spędzać najwięcej czasu. Była to wręcz wzorowa, dobrze usytuowana rodzina, gdzie, jak się później okazało, również dziadkowie są wspaniali. Bardzo szybko udało mi się nawiązać dobre kontakty ze wszystkimi. Rodzice dzieci byli dosyć młodzi (nietypowe jak na włoską mentalność), więc bardzo szybko również zaprzyjaźniłam się z mamą Valerią, która starała się pomagać mi na każdym kroku. Pierwszy tydzień, mimo, że pełen emocji był bardzo trudny, ponieważ dosyć szybko okazało się, że muszę się jeszcze dużo uczyć, aby nabrać we włoskim biegłości. Pamiętam, jak któregoś wieczoru siedziałam z nimi przy kolacji i chciałam uciekać. Paolo (ojciec) jako adwokat mówił bardzo dużo i bardzo szybko, więcej niż połowy nie rozumiałam i gdyby nie Valeria, która z cierpliwością nauczycielki tłumaczyła mi każdą frazę i napominała męża, aby zwolnił rozmawiając ze mną, to pewnie bym i uciekła… Na szczęście po tygodniu zaczęłam się przyzwyczajać i jakoś mi to już nie przeszkadzało. Wielkim szokiem dla mnie również było pierwsze śniadanie, gdzie zaserwowano mi mikro kawę i dwa „plum-cake’i” co spowodowało, że stałam się częstym gościem supermarketu, gdzie kupowałam sobie różne rzeczy, żeby dojadać.

Plusy i minusy au-pair

Postanowiłam spisać wszelkie za i przeciw takiego doświadczenia na obczyźnie. Każdy, a raczej częściej każda ma pewnie inne doświadczenia, więc te są zupełnie subiektywne. Dużo również zależy od agencji pośredniczącej i samych ludzi, oczywiście nie we wszystkich przypadkach jest idealnie.

  • Pewne miejsce zamieszkania i pewny dochód – nie oszukujmy się, zaczynając jakikolwiek etap życia w nowym miejscu, a tym bardziej za granicą, to są najważniejsze rzeczy, bez których ani rusz. Pracując za granicą jako au-pair ma się zapewniony dach nad głową i wyżywienie, za które się nie płaci a do tego kieszonkowe, często niemałe, a już na pewno wystarczające na opłacenie sobie innych rzeczy jak ubrania, kosmetyki, wyjścia czy inne przyjemności.
  • Bezpieczeństwo – dla młodej dziewczyny to również bardzo ważne. Jedziemy do rodziny sprawdzonej przez agencję, bądź w ostateczności agencję współpracującą za granicą. Więc raczej wszyscy wiedzą gdzie jesteśmy, u kogo mieszkamy i czy to nie są przypadkiem jacyś maniacy. `
  • Brak języka polskiego – w większości przypadków wyjazdy jako au-pair związane są z chęcią nauczenia się języka obcego, dlatego taki rzut na głęboką wodę bardzo pomaga w szybszej nauce i bardziej motywuje do większego zaangażowania.
  • Dzieci i język obcy – dzieci, jeśli oczywiście potrafią mówić i są w wieku do prowadzenia prostych konwersacji, są fantastycznymi nauczycielami. Nikt nigdy mi tak prosto nie wytłumaczył co to jest „ciabatta” (kapeć) czy „altalena” (huśtawka) jak właśnie moi najmłodsi podopieczni. Dzieci używają nieskomplikowanego języka, mają dużo cierpliwości (i frajdy!) w tłumaczeniu nam nawet prostych słów, właściwie dla nich to jest zabawne, kiedy nie wiemy co dane słowo znaczy. Naśmiewają się z nas, ale nie szydzą, dlatego jeśli podejdzie się do tego właściwie, może to być świetna zabawa i łatwe zabicie czasu (rany ileż razy trzeba się nagłowić, żeby wymyśleć coś ciekawego do robienia z dzieciakami). Również czytanie bajek na dobranoc na głos sprawia, że nasza wymowa bardzo szybko się poprawia i nabywa się biegłości w posługiwaniu się językiem. Po takiej zaprawie z rodzicami i dziećmi po dwóch miesiącach nie chcieli mnie przyjąć do żadnej publicznej szkoły językowej, bo wszędzie miałam za duży poziom dla dostępnych grup 🙂
  • Pomoc w załatwieniu wielu formalności – rodzina, czując się za nas odpowiedzialna, a przynajmniej w tej początkowej fazie, wszędzie nam asystuje. I tak na przykład mi pomagali znaleźć odpowiednią szkołę, odprowadzili do włoskiej agencji, gdzie dali mi namiary na potencjalne koleżanki, wytłumaczyli jak poruszać się po mieście i tym podobne.
  • Wakacje w ciekawych miejscach – rodziny, które nas goszczą zazwyczaj problemów z pieniędzmi nie mają, dlatego często zapraszają na towarzyszenie im podczas wakacji, dlatego długie weekendy, święta czy ferie nad morzem czy w Alpach to całkiem powszechne. Fakt, że to nie są do końca wakacje, ale zazwyczaj wtedy rodzice mają dla dzieci więcej czasu, a co za tym idzie my również…
  • Nowi znajomi – rodzina często lubi mieć nas z głowy, dlatego jeśli w ich otoczeniu są młodzi ludzie w naszym wieku, typu sąsiedzi, znajomi, kuzyni, często zdarza się, że nas z nimi zapoznają, aby łatwiej nam było ułożyć sobie życie towarzyskie i im nie zawracać głowy.

Nie wszystko jednak jest tak różowe jakby się mogło wydawać. Każdy medal ma dwie strony, dlatego również i tu mogłabym kilka wad wymienić:

  • Nie jesteśmy u siebie – mimo, że mamy własny pokój i płacą nam za to co robimy, to jednak mieszkanie u kogoś nie jest najwygodniejsze. Nie możemy wracać, kiedy nam się podoba, a przynajmniej nie za często i nie bez uprzedzenia. Jeśli zdarzy nam się zły dzień, to i tak trzeba po sobie posprzątać czy łóżko zaścielić. Nie chodzi tu o zamiłowanie do bałaganu, ale zwykły komfort psychiczny, kiedy zwyczajnie czasami nam się czegoś robić nie chce.
  • Ograniczony czas – to, że się pracuje w ciągu dnia to jedno, ale często w kontrakcie musimy zapewnić dyspozycyjność na 3 wieczory w tygodniu i na przykład w co drugiego weekend, co oczywiście nie sprzyja układaniu sobie życia towarzyskiego, a jeśli ma się koleżanki mające taką samą pracę spawa komplikuje się jeszcze bardziej. Dlatego na przykład nasza włoska agencja ustaliła, że wszystkie dziewczyny powinny mieć środy wolne (jeśli dobrze pamiętam). Moi nie byli bardzo rozrywkowi, więc umówiliśmy się, że kiedy oni nie wychodzą ja mam wolne.
  • Mieszkanie pod jednym dachem z pracodawcą – przyznajmy, może to być problemem, zwłaszcza, jeśli okaże się że matka dzieci jest zwyczajną zołzą albo wredną rozpuszczoną bogatą paniusią (co zdarzało się moim koleżankom). Nie można wtedy zwyczajnie zostawić pracy poza domem, bo co, jeśli problemy z pracy spotyka się w drodze do łazienki albo do kuchni?

To tak te największe „przeciw”, a przynajmniej z mojego punktu widzenia. Przyznaję również, że ja miałam szczęście, bo trafili mi się ludzie mili i wyrozumiali, dlatego większych problemów nie miałam i żyło nam się raczej razem dobrze. Tak dobrze, że odnowiłam z nimi umowę na drugi rok. Po dwóch latach jednak nie dałam więcej rady i jako, że brakowało mi większej swobody i niezależności, wyprowadziłam się. Z rodziną jednak pozostałam w kontakcie przez następne lata, na tyle, że zaprzyjaźniłam się również z ich następnymi nianiami, z Hiszpanii tym razem… Ogólnie jednak polecam tego typu doświadczenie, bo to jeden ze sprawdzonych i bezpiecznych sposobów na przeżycie dłuższego okresu na obczyźnie i nauczeniu się samodzielności. Że o zwiedzaniu i poznawaniu innych kultur nie wspomnę…