Nowy Jork, nazywany Wielkim Jabłkiem i uważany za pępek świata, jest bez wątpienia jednym z najbardziej rozpoznawalnych i zróżnicowanych miast globu. Od najmłodszych lat marzyłam o tym, aby kiedyś tam zawitać. Trudno znaleźć osobę, która nie zetknęła się chociaż z jednym filmem rozgrywającym się na tle tego tętniącego życiem miasta. A ja? Ja pochłonęłam ich całe mnóstwo.
Podczas mojego pobytu we Włoszech, ucząc się angielskiego w domowym zaciszu, zatraciłam się w oryginalnej wersji „Przyjaciół”, z napisami, oczywiście. Następnie przyszła kolej na „Seks w wielkim mieście”, który sprawił, że zakochałam się w Nowym Jorku z daleka. Nie mogę pominąć takich klasyków jak „Ojciec Chrzestny”, „Śniadanie u Tiffaniego”, czy „Adwokat diabła” z moim ulubionym Alem Pacino, a także „Diabeł ubiera się u Prady” i „Miłość w Nowym Jorku”… Lista jest długa!
Z czasem, gdzieś w głębi serca, zaczęła kiełkować myśl, że może, pewnego dnia, moje stopy staną na nowojorskim bruku. Chociaż zimą preferowałam cieplejsze klimaty, wybierając Kalifornię, to z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej skrupulatnie planowałam, jak mogłabym zorganizować swoją podróż na wrzesień. I w końcu się udało! 3 września, lot Wrocław – Monachium – Nowy Jork! Yuppi! To był początek mojej przygody z miastem, które nigdy nie śpi, miastem, które zawsze było moim marzeniem.

Podróż do Nowego Jorku
Podróż do Nowego Jorku była długa, ale mimo wszystko udało mi się znaleźć dobre połączenie, szczególnie na drogę powrotną. Z dłuższym postojem w Monachium, który okazał się nieoczekiwanie przyjemnym akcentem podróży, miałam szansę na chwilę wytchnienia i cenne momenty z przewodnikiem w ręku.
To właśnie w hali lotniska, otoczona gwarem podróżnych, zatopiłam się w lekturze, absorbując każdą informację, która mogłaby wzbogacić moje nadchodzące dni w Nowym Jorku. Każda strona przewodnika przenosiła mnie bliżej do ulic Manhattanu, Central Parku, i wszystkich tych miejsc, które niebawem miałam okazję zobaczyć na własne oczy.

Na pokładzie samolotu, zdecydowanie wybrałam miejsce przy oknie, kierując się nadzieją na niezwykłe widoki, które mogą się ukazać podczas lotu. Słyszałam, że czasem, jeśli szczęście dopisze, można dostrzec z daleka zarysy Grenlandii – krajobrazu tak odmiennego i tajemniczego.
Z zapartym tchem wyczekiwałam, przyklejona do okna, na każdą możliwość ujrzenia tej lodowej krainy. Niestety, mimo moich nadziei i oczekiwań, Grenlandia pozostała poza zasięgiem mojego wzroku. Może to była kwestia trasy, pogody, czy po prostu pecha, ale mimo wszystko, nie udało się.

Podczas długiego lotu do Nowego Jorku miałam szczęście znaleźć się obok niezwykle miłego cudzoziemca. Jego towarzystwo okazało się być przyjemnym urozmaiceniem podróży, zapewniając ciekawe rozmowy, które umilały czas. Między naszymi dyskusjami znalazłam chwilę na lekturę, krótki odpoczynek i obejrzenie dwóch filmów, które sprawiły, że podróż minęła szybciej niż się spodziewałam.
Gdy samolot zaczął schodzić do lądowania, moje emocje sięgnęły zenitu. Z zapartym tchem wypatrywałam za oknem pierwszych widoków Nowego Jorku. Pierwsze, co udało mi się dostrzec, to rozciągające się w dole Long Island, a potem, jak na dłoni, malutką Statuę Wolności. To widok, który na zawsze zapadnie mi w pamięci – symbol wolności i marzeń, witający mnie przy wejściu do tego legendarnego miasta.
Gdyby nie obecność mojego nowego znajomego, pewnie nie potrafiłabym powstrzymać radosnego okrzyku. W końcu lądowałam w Nowym Jorku! Ja!, w miejscu, o którym marzyłam od tak dawna. To uczucie niewiary i ekscytacji mieszało się ze sobą, tworząc niezapomnianą atmosferę tej chwili. To był początek mojej przygody w mieście, które nigdy nie śpi. Już wtedy czułam, że to doświadczenie na zawsze zapadnie w mojej pamięci i że bez wątpienia zakocham się w tym niezwykłym miejscu.
Z lotniska do serca Manhattanu
Po wreszcie udanej przeprawie przez kontrolę paszportową, z nowo wbitą wizą w paszporcie, ruszyłam na poszukiwania AirTrain, który miał zawieźć mnie do stacji Jamaica. Po drobnych trudnościach udało mi się dotrzeć na miejsce, gdzie za 5 dolarów opłaty wyjściowej wsiadłam do pociągu. Następnie, po długim oczekiwaniu w kolejce do biletomatów, z biletami w dłoni i walizką u boku, śpieszyłam na peron. Pociąg Long Island Rail Road (LIRR) miał odjechać lada moment. Po zapłaceniu kolejnych 7,5 dolara i zaledwie 30-minutowej podróży, znalazłam się na Penn Station na Manhattanie. „Niech mnie ktoś uszczypnie”, pomyślałam. Czy to naprawdę Manhattan?
W punkcie informacyjnym otrzymałam mapę i wskazówki, gdzie kupić bilet na metro. Niedługo potem stałam już na zatłoczonym peronie. Kobieta obok zapytała mnie, czy z tego peronu dojedzie do Queens. „Skąd mam to wiedzieć?” – pomyślałam, i szybko zorientowałam się, że czekam na metro w niewłaściwym miejscu. Z poduszką samolotową pod pachą i ciągnąc walizkę, wdrapałam się po schodach, by za chwilę zejść jeszcze niżej innymi. Uff, udało się. Wsiadając do metra, przywitał mnie przyjemny chłód klimatyzacji. Po kilku stacjach dotarłam na Columbus Circle, a po kilku minutach już meldowałam się w hotelu. Nie mogłam uwierzyć, jak sprawnie i bez większych problemów dotarłam na miejsce.
Nowy Jork: miasto, które albo pokochasz, albo znienawidzisz
Ktoś kiedyś gdzieś napisał, że przyjeżdżając do Nowego Jorku, od razu poczujesz się jego częścią i że zazwyczaj albo go pokochasz, albo znienawidzisz. Ja pokochałam go od pierwszego wejrzenia. Gdy zadarłam głowę, by podziwiać ogromne drapacze chmur, poczułam się, jakbym już kiedyś tu była, jakby wszystko było dziwnie znajome. Gdzieś w podświadomości czułam, że to miejsce będzie mi sprzyjać.
Central Park w Zasięgu Kroków i krótki bieg
Hotel blisko Central Parku to jak niepisane zaproszenie do aktywności, prawda? Skoro dzień jeszcze się nie skończył, szybko otwieram walizkę, wybieram buty do biegania, zakładam spodenki i koszulkę i już jestem gotowa na małą przygodę. Przecież marzenia o bieganiu wśród nowojorczyków nie spełnią się same! I co z tego, że jestem na nogach już prawie 20 godzin, w tym 15 w podróży? Energia miasta dodaje mi skrzydeł.
Do parku mam tylko dwie minuty spacerem. Po krótkiej rozgrzewce, już biegnę ścieżkami Central Parku, obok innych biegaczy, spacerowiczów, mijając dorożki konne, a czasem nawet policyjny radiowóz i roześmiane dzieci. To niesamowite uczucie! Biegnę po Central Parku! Planowana „dyszka” trochę się wydłuża, bo kto by się oparł chwili na podziwianie widoków i zrobienie kilku zdjęć? Ale to właśnie jest urok Nowego Jorku – nawet zwykły bieg może stać się małą przygodą.
Na koniec dnia zmęczona, ale szczęśliwa, po orzeźwiającym prysznicu, szybko zapadłam w głęboki, zasłużony sen.
Italiano
English











